Ogólnym problemem jest to, że ptaki nie uciekają od tego typu elektrowni. Np. bieliki - zaobserwowano wzrost obserwacji na fermach, a to z powodu łatwego żeru. Szczerze mówiąc nie ma się im co dziwić, jednak ptaki jako nie najbystrzejsze stworzenia, nie uczą się na błędach pobratymców. Tak dla ciekawostki - w Niemczech ginie proporcjonalnie więcej kań rudych niż myszołowów.
Pewnie większość osób myśli, dlaczego tak sie dzieje. Wytłumaczeń jest kilka. Ptaki lecące w nocy, a w ciągu dnia mają inne problemy.
Noc:
- na każdym wiatraku znajduje się silna lampa (czerwona), która zwabia ptaki
- ptaki lecące w nocy nie widzą turbiny, więc wlatują jak w sito
Dzień:
no to większość zacnego grona myśli, że jest tu mniej ofiar niż w ciagu nocy. Niestety tak nie jest. Mimo, że ptaki widzą łopaty z odległości np. 300m to i tak lecą (tzw. część może wzbije się na inny pułap, ale ta gorsza część będzie się bawić w rosyjską ruletka)
A gdy zbliżą sie na niebezpieczną odległość 40m, oczy (nawet pustułki! ) nie nadążają przetworzyć obrazu ( to tak, jak wsiąść do pociągu i patrzyć na linie frakcyjne!! ). A bawiąc się już liczbami - łopata na samym czubku osiąga prędkość do 300km/h w ruchu liniowym!
A poza tym - tak jak wcześniej wspomniałem - ptaki oznaczone statusem drapieżnych liczą na łatwy obiad, więc ryzykują, by przetrwać.
Kolejnym powodem wpadania ptaków jest słaba manewrowość latających (wbrew pozorom!!). Nie rzadkim gatunkiem, który ulega wypadkowi jest bielik, kania, pustułka,
jerzyk , małe wróblowate(w szczególności mysikróliki) , chruściele i kaczki (te właśnie trzy grupy ptaków są najczęstszymi ofiarami nocnych lotów). Wbrew opinii niektórych ornitologów, również bociany białe, żurawie padają ofiarami "białych skrzydeł".
Wg. obliczeń mądrych ludzi, nie biorąc pod uwagę innych strat w osobnikach (kolizje z autami, padnięcia w czasie podróży, drapieżnictwo i straty w czasie lęgu), przy założeniu, że ginie kilka-kilkanaście orlików krzykliwych rocznie, gatunek może za 50-70lat być na wymarciu!
I jeszcze jedno - część z Was (w tym ja) myśli, że najskuteczniejszym sposobem ochrony było by odstraszanie ptaków od ferm. Pomysł ciekawy i teoretycznie powinien być dobry.
Teoretycznie jest, jednak już w praktyce okazuje się, iż jako parka karmiąca młode, która wykonuje ponad kilkadziesiąt dostaw pokarmu do gniazda dziennie, miała by jeszcze omijać fermę, przez która przelatuje, dodając sobie kolejne "metry". oczywiście ptak, więcej wydał energii, tym więcej zje...jednak tak nie do końca jest. Otóż ptak, który zużywa więcej Energi, "wyeksploatuje się" szybciej, co prowadzi do obniżenia średniego wieku danego gatunku na danym terenie! I na dodatek ptak obniża liczbe potomstwa, bo dochodzi do wniosku, że po co ma harować na 5 piskląt, skoro może na np. 3
Kolejnym problemem jest zatrudnianie niedoświadczonych ornitologów do prac badawczych w celu rekonesansu na danym terenie. Nie problemem jest znaleźć bielika, ale mysikrólika już większym. A na dodatek, gatunkiem zaniżającym statystykę jest lis, który to zabiera padłe "latające kury".
Temat jest jak rzeka. Można wymieniać liczby padłych ptaków (a to 6tys myszołowów w Niemczech w jakimś okresie - nie chce skłamać- czy to jednego czy dwóch lat; czy prawie 30 padłych osobników o. przednik w norwegi) - z taką ogromną kasą, jaką wykładają inwestorzy się nie wygra...

Jedynie świadomość społeczne, współpraca ornitologów, rdosiów, oraz przestrzeganie zaleceń odnośnie farm może przynieść jakieś wymierne skutki!

Osobiście na to licze.