MOJE Przygody z Ptakami
- Raven_Corvus
- sokolnik
- Posty: 747
- Rejestracja: ndz paź 15, 2006 5:15 pm
- Lokalizacja: Białystok
- Pudlak Waldemar
- sokolnik
- Posty: 1292
- Rejestracja: pn mar 01, 2010 2:14 am
- Lokalizacja: Racibórz
Historia dzieciaka z małego miasteczka , którą opisuje w tej chwili dorosły już człowiek.
Tak jak ją zapamiętał – być może idealizując czas przeszły .
Szczygły, makolągwy / wtedy jeszcze nie chronione jak dziś/ zawsze zimową porą –od jesieni do wiosny - śpiewały w klatce na ścianie .
Ojciec zaszczepił we mnie zainteresowanie ptakami .Mieliśmy taką zabawę –zasłaniał mi oczy lub odwracał plecami od dźwięków dobiegających z otoczenia- i kazał powiedzieć jaki
ptaszek się odzywa .Z czasem uczeń przerósł ,,mistrza ‘’i zabawy stały się ,,zawodami ‘’
Informacje na temat ptaków , zwierząt czerpałem z książek i obserwacji własnych /zupełnie trzeźwych/.Łażenie po polach i lasach otaczających ,, moją ‘’ miejscowość stało się swoistym nałogiem-tylko tam czułem się spełniony i szczęśliwy .Psy zawsze są ze mną –były moimi towarzyszami niezliczonych eskapad ,pokazywały mi to czego nigdy bez nich bym nie widział .Nawzajem ,,wyciągaliśmy ‘’ się z przeróżnych tarapatów .Gdy futrzak zsuną się ze stromego brzegu do wody ja pomagałem mu się wydostać .Kiedy indziej w lesie ,,wlazłem ‘’na lochę z młodymi to pies zajmował ją swą ,, kudłatą osobą ‘’,a ja w tym czasie wspinałem się szybko na drzewo. Niekiedy po prostu gubiłem się w nieznanym terenie ,a wtedy mój kochany zwierzak wyprowadzał mnie z opresji Rodzice –po moich opowiadaniach z pól i lasów –nie zabraniali mi kontynuować mojej pasji , pod warunkiem iż za każdy razem zabiorę ze sobą swego czworonożnego towarzysza .Do dziś pamiętam ich imiona i indywidualne zachowania.No ale jest to forum sokolnicze i po tym przydługim wstępie trzeba przejść do meritum.Mając niespełna 14 lat natknąłem się na książkę Mieczysława Mazarakiego ,,Z sokołami na łowy’’. Wtedy wykiełkowała we mnie myśl –będę SOKOLNIKIEM.Podglądanie gniazd ptaków stało się celem samym w sobie.
Początki jak to początki nie były najłatwiejsze . Zlokalizowanie gniazd to jedno , a podpatrzenie co się w nich dzieje to już wyższa szkoła jazdy.Namówiłem kolegę równo latka by razem ze mną wybrał się na takie obserwacje.No ale cóż jest ciekawego dla nie pasjonata w kupie chrustu na drzewie , kolega zmarznięty i znudzony poszedł do domu. To był przełom – odkryłem ,że ptaki nie umieją liczyć- dwóch przyszło jeden odszedł , a rzycie rodzinne w ,,kupie chrustu’’ nagle zaczęło się na całego. Późnij często wykorzystywałem tę opcje podglądając gniazda większych ptaków tylko z krukami mi nie wychodziło i do dziś nie wiem dlaczego!!! Muszę dodać ,że pies był zawsze przy mnie, wtulony spał w najlepsze ogrzewając mnie swoim ciałem- przy pomocy lornetki /wtedy to był mój największy skarb/widziałem jak rodzice przylatują do gniazda ze zdobyczą , a później jak młode ćwiczą skrzydła lub z impetem wpadają na rodzica który pozostawiał zdobycz i jak najszybciej ,,ewakuował’’ się na sąsiednie drzewo. Gdy młode jastrzębie zaczęły latać w koło gniazda nastąpiła chwila by schwytać jednego- co zresztą mi się udało. Proszę pamiętać ,że cała ,,akcja ‘’ odbyła się ponad 30 lat temu .Dziś ptaki drapieżne są pod całkowitą ochroną prawną i płoszenie ,chwytanie ,zabijanie jest surowo zabronione!!!!!! W dzisiejszych czasach ptaki kupuje się w wyspecjalizowanych hodowlach!!!! PRAWO RZECZ ŚWIĘTA!! Pan Prof. Nowogrodzki jako ,,prawne sumienie’’ tego forum jak i pozostali Sokolnicy na pewno potwierdzą!!!Z durzą dozą szczęścia /bo z perspektywy czasu rozumy w tym nie widzę/ i ubogą wiedzą udało mi się ,,jakoś ułożyć ‘’moją samiczkę jastrzębia. Ptak najprawdopodobniej wdrukował się /wtedy nie miałem tej świadomości/ Dzięki temu , że zaczęły się wakacje –przebywałem z nim cały czas , gdy kładłem się spać to nie mogłem doczekać się ranka. Byłem przy nim jak zasypiał i z samego rana biegłem do niego. W zasadzie gdy musiałem zdobyć dla niego pokarm lub samemu coś zjeść / na tego typu fanaberie , jak jastrząb przy stole nie miałem pozwolenia/ byliśmy nierozłączni .W ramach możliwości moja ptaszyna była karmiona dość ,,intensywnie’’ i cud tylko /bo nie widzę w tym mojej zasługi /spowodował , że moja Elka nie wybrała szybko wolności po wypuszczeniu na wolne pęta!! Niejedno krotnie ,, z sercem w gardle i duszą na ramieniu ‘’ czekałem aż się ,,zlituje’’ i zleci na rękawice lub wabik , albo biegałem za nią gdy ją na włóczenie wzięło- na szczęście nigdy nie odlatywała daleko!Przy ówczesnej mojej wadze – około 50 kg małe to takie chudziutkie było-biceps lewej ręki miałem nieźle ,,wyrobiony ‘’.W pobliżu miasta w lesie było wysypisko śmieci .Wyrobisko piaskowe sukcesywnie powiększane i zasypywane śmieciami .Siedząc na brzegu tego wyrobiska z kolegą i jastrzębiem mieliśmy widok na las i hałdę odpadów - gdzie roiło się od szczurów na które polowała moja podopieczna.Mimo tego ,że Elka nigdy nie była szczególnie głodna /wtedy o kondycji łowczej nie miałem pojęcia/ uganianie się za szczurami sprawiało jej jak i nam niezłą frajdę. Pewnego razu chwyciła szczura na granicy wyjątkowo dorodnej łobody jeden z jej cęgów przebił podstawę chwasta . Ten kto próbował złamać zdrewnianą łobodę wie jaka jest twarda i włóknista .Ptak nie mogąc uwolnić nogi zabrał się spokojnie za szczura , a my małym tępym scyzorykiem uwolniliśmy ptaszynę /z perspektywy czasu zastanawiam się czy jeżeli bardzo by chciała dała by radę uwolnić się sama ?/Innym razem wystartowała z drzewa i porwała mi kapelusz który dostałem w prezęcie od znajomego myśliwego /bo prawdziwy sokolnik musi mieć kapelusz oświadczył mi ofiarodawca-parę lat później śmialiśmy się z tego/ i nim jej go odebrałem wyskubała mi piórka kaczki krzyżówki które z pietyzmem przyszyłem dzień wcześniej do kapelusza! Wyprawy na wysypisko były jak by uwieńczeniem ,, włóczęgi’’ po polach i wzdłuż starorzecza na tyle zarośniętego ,że nie spotykało się tam kaczek .Pewnego razu natknęliśmy się na zdziczałego kota, Elka zerwała się z ręki i pogoniła za kocurem /kot gdy ,,wieje ‘’ przed psem ogon trzyma poziomo balansując przy zwrotach/,a ten rwał w krzaki z uniesionym i zjeżonym jak szczotka do sedesu ogonem , jastrząb leciał nad nim nie próbując go dosiąść –kot wpadł w jeżyny ,a Elka wylądowała na starej gruszy nastroszona ,,gdacząc wymyślała mu ,pewnie od najgorszych’’.Historia Elki skończyła się tragicznie –po całodniowej włóczędze puściłem ją ostatni raz .Zasiadła na drzewie i nie chciała do mnie wrócić-musiałem poraz pierwszy zostawić ją na noc poza domem! Na drugi dzień rano już jej tam nie było , po południu do kolegi sąsiada przyszło dwóch panów i wytrzepało mu z worka na trawnik mojego jastrzębia wiele nie mówiąc odeszli .Elka miała złamane oba skrzydła i paskudną dziurę w plecach nie dożyła do wieczora!! Opisana historia wydarzyła się w 1978 roku i do 1983 prowadziłem coś na kształt schroniska dla młodych drapoli dziennych a i młode sowy się trafiały. Przywozili je milicjanci ,myśliwi .znajomy weterynarz i wypychacz ptaków czasami ktoś z ulicy! Zastanawiam się jak dawałem sobie radę wykarmienia tej ,,menażerii’’ bez finansowego wsparcia rodziców. W tej chwili potrzebny pokarm po prostu kupię – wtedy nie było to takie proste! Od pamiętnego 78 roku do 89 miałem kontakt z myśliwymi i polowaniem ! Do sokolnictwa w tym roku wrócę- zupełnie świadomie wybrałem gatunek ptaka Tak czytam to sobie i wydaje mi się ,że ten tekst jest jakiś ,,przydługi ‘’ ,ale za dużo pracy w niego włożyłem by go tak po prostu wykasować .Na podsumowanie napiszę tylko- Wpierw poznaj , jak poznasz to wiesz czy naprawdę tego chcesz!
Z poważaniem być morze nie znudzonym czytającym .Waldek.
Tak jak ją zapamiętał – być może idealizując czas przeszły .
Szczygły, makolągwy / wtedy jeszcze nie chronione jak dziś/ zawsze zimową porą –od jesieni do wiosny - śpiewały w klatce na ścianie .
Ojciec zaszczepił we mnie zainteresowanie ptakami .Mieliśmy taką zabawę –zasłaniał mi oczy lub odwracał plecami od dźwięków dobiegających z otoczenia- i kazał powiedzieć jaki
ptaszek się odzywa .Z czasem uczeń przerósł ,,mistrza ‘’i zabawy stały się ,,zawodami ‘’
Informacje na temat ptaków , zwierząt czerpałem z książek i obserwacji własnych /zupełnie trzeźwych/.Łażenie po polach i lasach otaczających ,, moją ‘’ miejscowość stało się swoistym nałogiem-tylko tam czułem się spełniony i szczęśliwy .Psy zawsze są ze mną –były moimi towarzyszami niezliczonych eskapad ,pokazywały mi to czego nigdy bez nich bym nie widział .Nawzajem ,,wyciągaliśmy ‘’ się z przeróżnych tarapatów .Gdy futrzak zsuną się ze stromego brzegu do wody ja pomagałem mu się wydostać .Kiedy indziej w lesie ,,wlazłem ‘’na lochę z młodymi to pies zajmował ją swą ,, kudłatą osobą ‘’,a ja w tym czasie wspinałem się szybko na drzewo. Niekiedy po prostu gubiłem się w nieznanym terenie ,a wtedy mój kochany zwierzak wyprowadzał mnie z opresji Rodzice –po moich opowiadaniach z pól i lasów –nie zabraniali mi kontynuować mojej pasji , pod warunkiem iż za każdy razem zabiorę ze sobą swego czworonożnego towarzysza .Do dziś pamiętam ich imiona i indywidualne zachowania.No ale jest to forum sokolnicze i po tym przydługim wstępie trzeba przejść do meritum.Mając niespełna 14 lat natknąłem się na książkę Mieczysława Mazarakiego ,,Z sokołami na łowy’’. Wtedy wykiełkowała we mnie myśl –będę SOKOLNIKIEM.Podglądanie gniazd ptaków stało się celem samym w sobie.
Początki jak to początki nie były najłatwiejsze . Zlokalizowanie gniazd to jedno , a podpatrzenie co się w nich dzieje to już wyższa szkoła jazdy.Namówiłem kolegę równo latka by razem ze mną wybrał się na takie obserwacje.No ale cóż jest ciekawego dla nie pasjonata w kupie chrustu na drzewie , kolega zmarznięty i znudzony poszedł do domu. To był przełom – odkryłem ,że ptaki nie umieją liczyć- dwóch przyszło jeden odszedł , a rzycie rodzinne w ,,kupie chrustu’’ nagle zaczęło się na całego. Późnij często wykorzystywałem tę opcje podglądając gniazda większych ptaków tylko z krukami mi nie wychodziło i do dziś nie wiem dlaczego!!! Muszę dodać ,że pies był zawsze przy mnie, wtulony spał w najlepsze ogrzewając mnie swoim ciałem- przy pomocy lornetki /wtedy to był mój największy skarb/widziałem jak rodzice przylatują do gniazda ze zdobyczą , a później jak młode ćwiczą skrzydła lub z impetem wpadają na rodzica który pozostawiał zdobycz i jak najszybciej ,,ewakuował’’ się na sąsiednie drzewo. Gdy młode jastrzębie zaczęły latać w koło gniazda nastąpiła chwila by schwytać jednego- co zresztą mi się udało. Proszę pamiętać ,że cała ,,akcja ‘’ odbyła się ponad 30 lat temu .Dziś ptaki drapieżne są pod całkowitą ochroną prawną i płoszenie ,chwytanie ,zabijanie jest surowo zabronione!!!!!! W dzisiejszych czasach ptaki kupuje się w wyspecjalizowanych hodowlach!!!! PRAWO RZECZ ŚWIĘTA!! Pan Prof. Nowogrodzki jako ,,prawne sumienie’’ tego forum jak i pozostali Sokolnicy na pewno potwierdzą!!!Z durzą dozą szczęścia /bo z perspektywy czasu rozumy w tym nie widzę/ i ubogą wiedzą udało mi się ,,jakoś ułożyć ‘’moją samiczkę jastrzębia. Ptak najprawdopodobniej wdrukował się /wtedy nie miałem tej świadomości/ Dzięki temu , że zaczęły się wakacje –przebywałem z nim cały czas , gdy kładłem się spać to nie mogłem doczekać się ranka. Byłem przy nim jak zasypiał i z samego rana biegłem do niego. W zasadzie gdy musiałem zdobyć dla niego pokarm lub samemu coś zjeść / na tego typu fanaberie , jak jastrząb przy stole nie miałem pozwolenia/ byliśmy nierozłączni .W ramach możliwości moja ptaszyna była karmiona dość ,,intensywnie’’ i cud tylko /bo nie widzę w tym mojej zasługi /spowodował , że moja Elka nie wybrała szybko wolności po wypuszczeniu na wolne pęta!! Niejedno krotnie ,, z sercem w gardle i duszą na ramieniu ‘’ czekałem aż się ,,zlituje’’ i zleci na rękawice lub wabik , albo biegałem za nią gdy ją na włóczenie wzięło- na szczęście nigdy nie odlatywała daleko!Przy ówczesnej mojej wadze – około 50 kg małe to takie chudziutkie było-biceps lewej ręki miałem nieźle ,,wyrobiony ‘’.W pobliżu miasta w lesie było wysypisko śmieci .Wyrobisko piaskowe sukcesywnie powiększane i zasypywane śmieciami .Siedząc na brzegu tego wyrobiska z kolegą i jastrzębiem mieliśmy widok na las i hałdę odpadów - gdzie roiło się od szczurów na które polowała moja podopieczna.Mimo tego ,że Elka nigdy nie była szczególnie głodna /wtedy o kondycji łowczej nie miałem pojęcia/ uganianie się za szczurami sprawiało jej jak i nam niezłą frajdę. Pewnego razu chwyciła szczura na granicy wyjątkowo dorodnej łobody jeden z jej cęgów przebił podstawę chwasta . Ten kto próbował złamać zdrewnianą łobodę wie jaka jest twarda i włóknista .Ptak nie mogąc uwolnić nogi zabrał się spokojnie za szczura , a my małym tępym scyzorykiem uwolniliśmy ptaszynę /z perspektywy czasu zastanawiam się czy jeżeli bardzo by chciała dała by radę uwolnić się sama ?/Innym razem wystartowała z drzewa i porwała mi kapelusz który dostałem w prezęcie od znajomego myśliwego /bo prawdziwy sokolnik musi mieć kapelusz oświadczył mi ofiarodawca-parę lat później śmialiśmy się z tego/ i nim jej go odebrałem wyskubała mi piórka kaczki krzyżówki które z pietyzmem przyszyłem dzień wcześniej do kapelusza! Wyprawy na wysypisko były jak by uwieńczeniem ,, włóczęgi’’ po polach i wzdłuż starorzecza na tyle zarośniętego ,że nie spotykało się tam kaczek .Pewnego razu natknęliśmy się na zdziczałego kota, Elka zerwała się z ręki i pogoniła za kocurem /kot gdy ,,wieje ‘’ przed psem ogon trzyma poziomo balansując przy zwrotach/,a ten rwał w krzaki z uniesionym i zjeżonym jak szczotka do sedesu ogonem , jastrząb leciał nad nim nie próbując go dosiąść –kot wpadł w jeżyny ,a Elka wylądowała na starej gruszy nastroszona ,,gdacząc wymyślała mu ,pewnie od najgorszych’’.Historia Elki skończyła się tragicznie –po całodniowej włóczędze puściłem ją ostatni raz .Zasiadła na drzewie i nie chciała do mnie wrócić-musiałem poraz pierwszy zostawić ją na noc poza domem! Na drugi dzień rano już jej tam nie było , po południu do kolegi sąsiada przyszło dwóch panów i wytrzepało mu z worka na trawnik mojego jastrzębia wiele nie mówiąc odeszli .Elka miała złamane oba skrzydła i paskudną dziurę w plecach nie dożyła do wieczora!! Opisana historia wydarzyła się w 1978 roku i do 1983 prowadziłem coś na kształt schroniska dla młodych drapoli dziennych a i młode sowy się trafiały. Przywozili je milicjanci ,myśliwi .znajomy weterynarz i wypychacz ptaków czasami ktoś z ulicy! Zastanawiam się jak dawałem sobie radę wykarmienia tej ,,menażerii’’ bez finansowego wsparcia rodziców. W tej chwili potrzebny pokarm po prostu kupię – wtedy nie było to takie proste! Od pamiętnego 78 roku do 89 miałem kontakt z myśliwymi i polowaniem ! Do sokolnictwa w tym roku wrócę- zupełnie świadomie wybrałem gatunek ptaka Tak czytam to sobie i wydaje mi się ,że ten tekst jest jakiś ,,przydługi ‘’ ,ale za dużo pracy w niego włożyłem by go tak po prostu wykasować .Na podsumowanie napiszę tylko- Wpierw poznaj , jak poznasz to wiesz czy naprawdę tego chcesz!
Z poważaniem być morze nie znudzonym czytającym .Waldek.
Ostatnio zmieniony ndz cze 19, 2011 2:26 pm przez Pudlak Waldemar, łącznie zmieniany 4 razy.
-
JoHn DuMbaR
- sokolnik
- Posty: 1867
- Rejestracja: czw wrz 08, 2005 2:52 pm
- Lokalizacja: South Dakota
Wczoraj mój sokół usiadł na słupie, co dało efekt ładnego błysku. Nadajnik spalony, sokół w górę! Dzień miał się już ku końcowi, więc godzina poszukiwań nie przyniosła efektu. Mokry z chlupiącymi gumakami wróciłem do domu. Wyjechałem dziś szukać ptaka jeszcze po ciemku i poszedłem w kierunku wiejącego wiatru. Po ok. 1,5 km marszu doszedłem na kilkaset metrów od skraju lasu, który rozpoczynał ogromny kompleks leśny. Wszedłem na najwyższy punkt tego pola, pomachałem wabidłem. Nic. Oddałem płyny ustrojowe, wygłosiłem do wiatru przemowę i zawróciłem. Wtem! Słyszę dzwonki! Jest powsinoga! Po powraci do domu czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka-mandat za przekroczenie prędkości, jaki zdobyłem jadąc na egzamin sokolniczy.
Lekcja, jaką wyciągnąłem z tej przygody jest taka, że ogon jest lepszym miejscem na nadajnik niż noga.
Lekcja, jaką wyciągnąłem z tej przygody jest taka, że ogon jest lepszym miejscem na nadajnik niż noga.
-
JoHn DuMbaR
- sokolnik
- Posty: 1867
- Rejestracja: czw wrz 08, 2005 2:52 pm
- Lokalizacja: South Dakota
Potencjale pytania będą lepsze, np. jak wycenić 60-letni drzewostan wylesiony pod budowę autostrady. Recenzentem jest prof od ekonomiki leśnej i jego pytania nic nie mają wspólnego z tematem pracy.JoHn DuMbaR pisze:Na obronie o to by nie spytali
Ciszę się.kochelet pisze:nieźle, ciesz się że ptaka Ci nie zabiło.
Niewymownie
Ostatnio zmieniony pt paź 01, 2010 4:27 am przez polikarp, łącznie zmieniany 1 raz.
-
JoHn DuMbaR
- sokolnik
- Posty: 1867
- Rejestracja: czw wrz 08, 2005 2:52 pm
- Lokalizacja: South Dakota
!
nasze harrisy tez mają kilka tego typu ułówek. najciekawsza z nich to butelka po wyborowej w krzakach.harris to taki latający smietnik:).Stachu pisze:Trening z harriską. Jeden z przylotów. Leci, leci i nagle buch w trawę. Myślę sobie "no to łajza coś złapała i teraz będę ją ganiał po okolicy, bo nie będzie chciała wrócić". Podbiegam, a ona zawzięcie tłucze....grzybaKolorem podobny do królika czy cuś, więc nie dziwię się, że się skusiła
a mój samiec wedrownego znow narozrabiał.latem mial 3 tyg pauzę i ledwo go wyratowalismy po bójce z myszołowem. a dwa dni temu zaatakował dzikego samca jastrzebia z taką furią że przy trzecim pikowaniu go związał w powietrzu. ptaki spadły na dół. bylem pewny ze tym razem jego glupota bedzie kosztowac go życie. wybiegam zza krzakow a ten maly dureń walczy z jastrzebiem. krzyk i pióra fruwają. o dziwo to wedrowny byl na górze choć nie mam pojecia jak o to zrobił.rozdzielilem towarzystwo i samiec jastrzebia odlecial. opiórował wedrusowi kawał brzucha i zrobił sporą dziurę pod skrzydłem ale jakims cudem nie oberwał w zaden z waznych narządow. dostaje osłonowo Enfloksacynę i wszystko jest ok. takiego wariata i jednoczesnie szczesciarza jeszcze nie mialem. mam nadzieję że wiecej takich akcji nie bedzie odstawial.
- Pudlak Waldemar
- sokolnik
- Posty: 1292
- Rejestracja: pn mar 01, 2010 2:14 am
- Lokalizacja: Racibórz